Cezary Pazura: Biblia to najważniejsza lektura dla każdego człowieka

Paweł Gzyl
Paweł Gzyl
Cezary Pazura w filmie "Nie cudzołóż i nie kradnij"
Cezary Pazura w filmie "Nie cudzołóż i nie kradnij" Tomek Kaczor
Na ekrany kin trafia właśnie przewrotna komedia gangsterska „Nie cudzołóż i nie kradnij”. Jedną z głównych ról zagrał w niej Cezary Pazura. Przy tej okazji gwiazdor zdradza nam czy stara się żyć zgodnie z nakazami Dekalogu.

- Alfi w filmie „Nie cudzołóż i nie kradnij” to setna rola w pana dorobku. Ta liczba robi na panu wrażenie?
- Oczywiście, że tak. Pamiętam, że kiedy, jako młody aktor, poznałem Leona Niemczyka i dowiedziałem się, że on zagrał już w ponad stu filmach, to byłem pod ogromnym wrażeniem. Odchodząc z tego świata, miał ich w swoim dorobku prawie czterysta. Jego nikt nie przebije. To jest nie do zrobienia w obecnych czasach. Ale gdy jakiś czas temu ktoś zapytał mnie, ile mam ról na koncie, postanowiłem to w końcu policzyć, bo różne źródła różnie podawały. Okazało się, że „Nie cudzołóż i nie kradnij” to setny tytuł, w którym zagrałem. Oczywiście, nie licząc spektakli teatralnych i Teatrów Telewizji. Uważam, że to niebagatelne osiągnięcie. Tym bardziej, że do wszystkiego doszedłem sam. Angażowałem w to własne pracę, zdrowie, ciało, temperament i miłość do widza.

- Zakładam, że pewne role darzy pan większym, a pewne mniejszym sentymentem. Jak będzie z filmem „Nie cudzołóż i nie kradnij”? Pracę nad nim zapamięta pan na dłużej?
- Myślę, że tak. To film inny od innych. Po pierwsze, kręcony był w specyficznych czasach. Po drugie, ma zupełnie inną temperaturę opowiadania niż produkcje, w których do tej pory grałem. Po trzecie, postać, w którą się wcielam, jest niejednoznaczna – nie jest ani komediowa, ani dramatyczna. I z tym wiążę największą nadzieję. Wierzę, że widzowie miło się zaskoczą.

- Powiedział pan niedawno, że już po pierwszym przeczytaniu scenariusza, dostrzegł pan w nim ogromny potencjał i że po raz ostatni czuł pan coś takiego przy okazji komedii „Chłopaki nie płaczą”. Na czym polegają te podobieństwa?
- Czasem zdarza się tak, że, już po pierwszym przeczytaniu scenariusza, orientujesz się, że całego go pamiętasz, masz przed oczami bohaterów tej historii i żałujesz, że tak szybko się skończyła. Właśnie tak miałem przy okazji filmu „Chłopaki nie płaczą”. Zanim zaczęliśmy go kręcić, znałem wszystkie dialogi na pamięć i popisując się przed kolegami, odgrywałem całe sceny, mimo że w ogóle nie wiedziałem, jak będą realizowane, bo przecież reżyserem był Olaf Lubaszenko. Po latach to samo poczułem, czytając scenariusz do „Nie cudzołóż i nie kradnij”. Od pierwszych jego zdań oczami wyobraźni widziałem konkretne postaci – to, jak wyglądają, w jaki sposób mówią i jaki mają temperament. Ale żeby coś takiego się wydarzyło, scenariusz musi być naprawdę udany – musi być jak muzyka symfoniczna.

- To znaczy?
- Każde słowo, niczym każda nuta, powinno czemuś służyć. Każdy bohater, niczym każdy instrument, powinien pełnić konkretną funkcję – niezbędną do osiągnięcia takiego, a nie innego efektu. Każda scena powinna być preludium do kolejnej, ale też wynikać z poprzedniej. Niestety, nie zdarza się to często. Mariusz Kuczewski, scenarzysta i reżyser „Nie cudzołóż i nie kradnij” nie tylko spełnił wszystkie te warunki, ale dodatkowo – postanowił zabawić się formą. Ułożył całość tak, że widzowie już na początku wiedzą to, czego bohaterowie dowiedzą się dopiero na końcu tej historii – przez co jeszcze uważniej śledzić będą wszystko, co dziać się będzie na ekranie. Ten sposób opowiadania bardzo przypomina mi filmy Guya Ritchiego z jego najlepszego okresu.

- Kim jest i czym zajmuje się Alfi, w którego wciela się pan w tym filmie?
- Mógłbym krótko powiedzieć, że Alfi jest po prostu alfonsem, ale tak naprawdę to nic nie mówi na temat tej postaci. Najważniejsza jest bowiem jego relacja z młodą dziewczyną – Sandrą, której rzekomo jest opiekunem, a tak naprawdę ją wykorzystuje. Razem z Julią Wieniawą, która mi partneruje, staraliśmy się stworzyć duet ludzi, którzy z różnych pobudek wzajemnie siebie potrzebują. Ona pragnie ciepła, bezpieczeństwa i miłości, a on – spełnienia i pieniędzy. To, czym się zajmują zawodowo i w jaki proceder są zaangażowani, ma drugorzędne znaczenie. Ważne jest wypełnienie tych bohaterów treścią. Właśnie ono jest w tym filmie zaskakujące, przenikliwe, głębokie, dosadne, a dodatkowo – bardzo dowcipne.

- Przed wejściem na plan zgłębiał pan temat sutenerstwa czy raczej kierował się intuicją?
- Nie miałem takiej potrzeby. Przecież w tym filmie nie opowiadamy o tym, jak to się stało, że mój bohater został alfonsem i nie zdradzamy kulisów jego pracy. Jego zawód jest drugorzędny. Po prostu stawia go w danej sytuacji i w danym miejscu, a ja, jako aktor, skupiam się na jego emocjach, uczuciach i relacjach z innymi postaciami. Gram miłość, nienawiść, zazdrość czy zawiść. Wydaje mi się, że takie zgłębianie tajników danej profesji przez aktorów przed wejściem na plan jest trochę przereklamowane. Dziennikarze oczekują niesamowitych historii o tym, jak pracowało się nad każdą z ról i przez to ta kwestia jest niepotrzebnie rozdmuchiwana.

- Jakimi zasadami kieruje się w życiu grany przez pana bohater?
- Jego podstawowa zasada to „od – do”, to znaczy od tej do tej godziny zarabia, a od tej do tej – korzysta z tego, co zarobił. Nie bez przyczyny film zaczyna się od tego, że Alfi patrzy na zegarek, który otrzymał od swojej podopiecznej. Jak się później okazuje – kradziony. To jest relacja człowiek – czas. Część życia przeznacza na pomnażanie pieniędzy, a część na ich konsumpcję. Mój bohater nie jest pozbawiony ani intelektu, ani dowcipu, ale – mimo wszystko – to zakochany w sobie współczesny hedonista.

- Myśli pan, że on gdzieś w głębi serca kocha Sandrę? Ona jest w nim bardzo zakochana i wiąże z nim przyszłość.
- Myślę, że w jakimś stopniu tak. Oni jednak są bardzo blisko. To nie wynika bezpośrednio z filmu, ale my, pracując nad tymi rolami, uznaliśmy, że Alfi też jest uczuciowo zaangażowany w tę relację. Tylko, oczywiście, podchodzi do niej inaczej niż Sandra.

- Jak się panu grało z Julią Wieniawą? Zdaje się, że pierwszy raz spotkaliście się na planie.
- Tak, nigdy wcześniej nie graliśmy razem. I tak to ze znanymi osobami bywa, a Julia jest niebywale popularna, że słyszy się o nich dużo różnych rzeczy. Do mnie też docierało wiele rewelacji na jej temat i cieszę się, że mogliśmy się poznać, bo w końcu mogłem to wszystko zweryfikować i pozytywnie się rozczarować. To, jak ona porusza się w świecie filmu i jak zachowuje się na planie, sprawia, że od pierwszego momentu chce się z nią pracować. Jest absolutną perfekcjonistką i profesjonalistką. Mimo swojej młodości, jest bardzo dojrzała. Doskonale rozumie polecenia, które dostaje od reżysera. Zależy jej przede wszystkim na zbudowaniu roli, a nie na kreowaniu siebie. To rzadkie, ale wspaniałe. Świetnie mi się z nią pracowało. Dzięki temu, że to akurat Julia wcieliła się w Sandrę, mogliśmy na maleńkich niuansach zagrać te wszystkie elementy, na których nam zależało i które sprawiają, że ten film nie jest ani płaski, ani jednoznaczny. My nie gramy po prostu alfonsa i prostytutki. Gramy przede wszystkim ludzi. Takich, pomiędzy którymi coś jest, a czegoś nie ma – coś się rodzi, a coś umiera. Naprawdę miło wspominam ten wspólnie spędzony czas na planie filmu „Nie cudzołóż i nie kradnij”. Zresztą, zakolegowaliśmy się i później Julia zapytała mnie, czy nie wystąpiłbym w jej teledysku – obok Dawida Ogrodnika i kilku kolegów z branży. Z ogromną przyjemnością się zgodziłem. To była świetna zabawa. Poza tym, mnie to odmładza. (śmiech)

- Wracając do Alfiego – myśli pan, że on jest szczęśliwym człowiekiem czy nie do końca?
- Myślę, że „Nie cudzołóż i nie kradnij” to nie jest film o szczęśliwych ludziach. Wszyscy bohaterowie popełniają błędy, grzeszą i szukają jakiegoś odbicia szczęścia. Oni nie potrafią cieszyć się z codziennego życia. Nie postrzegają każdego dnia jak kolejnego zwycięstwa. To zupełnie przeczy temu, jak ja żyję. Mnie raduje każda chwila, każde spojrzenie dziecka czy żony, każde oklaski od publiczności. To wszystko wywołuje uśmiech na mojej twarzy i sprawia, że czuję, że żyję. A ci ludzie, których historie pokazujemy w tym filmie, są wiecznie niezadowoleni i nienasyceni. Oni ciągle chcą więcej i więcej. Nie mają za grosz cierpliwości, która jest największą cnotą. Zapędzili się w kozi róg, pragną mieć wszystko natychmiast i najlepiej – w dużych ilościach. Wierzę, że ten film nie tylko będzie bawił widzów, ale też, po wyjściu z kina, skłoni ich do refleksji.

- W filmie „Nie cudzołóż i nie kradnij” zawartych jest wiele cytatów z Biblii. To miało dla pana jakieś znaczenie?
- Oczywiście, że tak. Te wszystkie nawiązania pokazują, że z pewnymi problemami ludzie mierzyli się od zawsze. One były, są i będą. Mimo upływu lat natura ludzka się nie zmienia. I choć wiemy o tym, nic z tym nie robimy. Biblia to najważniejsza lektura dla każdego człowieka. To książka, którą należy nie czytać, tylko odczytywać. Jest fundamentem wszystkiego, co zostało napisane później. Ktoś mądry kiedyś powiedział, że w dziejach ludzkości powstała jedna genialna książka, a potem było już tylko gorzej. (śmiech) Niestety, współcześnie często o tym zapominamy. „Nie cudzołóż i nie kradnij” nam o tym przypomina. Ja na początku trochę obawiałem się umieszczania cytatów z Biblii w tym filmie. Ale dziś wiem, że nie ma się czego bać. Przez to, że tak rzadko sięgamy do tej księgi, staje się ona coraz bardziej niedostępna. To błąd. Tam są przecież zapisane najważniejsze prawdy o życiu. Biblia powinna leżeć w każdym domu i być dostępna dla wszystkich. Uważam więc, że warto po nią sięgać nawet w takich gangstersko-komediowych historiach, jak nasza.

- Pan stara się żyć zgodnie z Dekalogiem?
- Oczywiście, że tak. Myślę, że każdy w pewnym sensie się stara tak żyć, bo przecież Dekalog jest punktem wyjścia do każdej konstytucji, a więc aktu, który określa najważniejsze zasady, których powinni trzymać się wszyscy obywatele. Proszę zauważyć, że wszystkie prawa, które wymyślił człowiek, mają swoje źródło właśnie w Biblii.

- Ale jednak nie wszyscy ich przestrzegają.
- Oczywiście, zdarzają się ludzie, którzy działają wbrew Dekalogowi – tak, jak bohaterowie naszego filmu. Przecież jeden z nich jest bardzo wierzącym katolikiem, chodzi do kościoła, ale nie przeszkadza mu to mordować ludzi. Natura człowieka jest bardzo skomplikowana, ale opiera się na podstawowych emocjach – takich jak miłość, nienawiść, chciwość czy zazdrość. I o tym właśnie jest film „Nie cudzołóż i nie kradnij”. Cieszę się, że jest on nie tylko przewrotny i dosadny, ale też odważny. Chyba właśnie tak trzeba opowiadać historie, żeby trafiły one do widzów.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Najpiękniejsze jarmarki świąteczne w Polsce - video flesz

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Wróć na gazetakrakowska.pl Gazeta Krakowska
Dodaj ogłoszenie