Mafia śmieciowa zarobiła miliony, a Gorlice czekają na eksplozję

Agnieszka Nigbor-Chmura
Agnieszka Nigbor-Chmura
Marek Kęskrawiec
Marek Kęskrawiec
Archiwum Polska Press
Udostępnij:
Gorlice siedzą na ekologicznej bombie, którą podrzuciła miastu grupa przestępcza, umieszczając niebezpieczne odpady na terenach po zamkniętym w grudniu 2004 r. Glimarze, jednej z najstarszych rafinerii na świecie. Wiele wskazuje na to, że sprawcy gorlickiego nieszczęścia działali pod dyktando śląskiej mafii śmieciowej, sprowadzającej do Polski toksyczne substancje z całej Europy i współpracującej m.in. ze spółkami z południa Włoch, gdzie przemysł śmieciowy przez lata był kontrolowany był przez Camorrę.

FLESZ - Zakup mieszkania coraz droższy

Wyniki badań gleby nie pozostawiają wątpliwości. Na terenie zamkniętej rafinerii w Gorlicach składowano niebezpieczne odpady. Chrom, cynk, kadm, nikiel, ołów i rtęć. Każdy z tych metali zanotowano w ilościach dramatycznie przekraczających normy. Na dokładkę wykryto duże ilości toluenu i fenolu.

Skąd się wzięły? Z przeterminowanych środków ochrony roślin, odpadów z produkcji farb, lakierów, emalii ceramicznych, kitu, klejów, farb drukarskich, przemysłu fotograficznego i usług fotograficznych, płynów hamulcowych, żużla, popiołów paleniskowych, szlamu z biologicznego oczyszczania ścieków przemysłowych, płynów zapobiegających zamarzaniu, odpadów zawierających kwasy i substancje trawiące.

- Wyniki analiz chemicznych są zatrważające - uważa Sławomir Korbelak, zastępca prokuratora rejonowego w Gorlicach.

Badania gruntu prowadzono przed trzema laty poprzez odwierty, zlecone przez Wojewódzki Inspektorat Ochrony Środowiska w Krakowie. Ryszard Listwan, zastępca dyr. WIOŚ zauważył wtedy coś charakterystycznego, co nie pozostawiało wątpliwości, że skażenia te nie pochodzą z czasów, kiedy działała gorlicka rafineria. - Im głębiej sięgaliśmy, tym gleba była czystsza. Wskazywało to jednoznacznie, że mamy do czynienia z zanieczyszczeniami nowymi - informował.

Skąd wziąć 50 milionów

Dziś nie ma wątpliwości, że przez trzy lata od znalezienia trucizn w glebie zdążyły się one przesączyć głębiej i jeśli nikt nie dokona rekultywacji terenu, zatrują wodę w całej okolicy. Co wtedy? Zróbmy krótką wyliczankę. Kadm uszkadza nerki, powoduje anemię i przyczynia się do osteoporozy. Nikiel jest niezwykle rakotwórczy, cynk, rtęć i ołów tak samo, dodatkowo uszkadzają też nerki, mięsień serca i wątrobę. Toluen upośledza układ oddechowy, krwionośny oraz nerwowy i jest wyjątkowo groźny dla ciężarnych kobiet. Niestety, nie ma szans, by ludzie odpowiedzialni za tę katastrofę naprawili swoje grzechy. Na kontach Multibestu od dawna nie ma bowiem żadnych pieniędzy. Gliwicka firma jest bankrutem. Nie ma też co liczyć, że problem sam zniknie. Tym bardziej że gdy dokonano dokładnych badań okazało się, iż toksycznych odpadów nie jest 1600 ton, ale 5700!

- Oszacowana na podstawie cen rynkowych całkowita wartość przedsięwzięcia usunięcia odpadów wynosi 50 mln 260 tys. zł - informuje Rafał Kukla, burmistrz Gorlic, który w grudniu 2019 r. złożył w NFOŚiGW wniosek o dotację 40 mln zł na ten cel. Na razie przeszedł on dopiero ocenę formalną i nie wiadomo, kiedy wniosek zostanie oceniony merytorycznie.

Czas płynie, a zagrożenie narasta. - W każdym analizowanym pojemniku, beczce i opakowaniu zidentyfikowano substancję niebezpieczną, palną, żrącą lub wybuchową - wylicza prokurator Korbelak. - Ilość metali ciężkich wielokrotnie przekracza wartości dopuszczalne i to nawet dla gruntów grupy IV, obejmującej tereny przemysłowe - dodaje. Substancje te grożą wybuchem i katastrofa ekologiczną. Zagrożone są nie tylko Gorlice, ale też oddalone o 30 km Jasło. Toksyczna chmura mogłaby się unosić nad ogromnym terenem przez kilkadziesiąt godzin, powodując konieczność ewakuacji tysięcy ludzi, a żeby sobie z nią poradzić potrzebne byłyby specjalne jednostki chemiczne z Tarnowa i Nowego Sącza.

Ten scenariusz nie ma w sobie grama przesady, o czym świadczy choćby przykład podkieleckich Nowin, gdzie w kwietniu doszło do pożaru podobnego składowiska, tyle że 8-krotnie mniejszego. Powodem było przeniesienie ognia z pobliskiej łąki, na której zapaliły się trawy. Po jego ugaszeniu koszty zrekultywowania terenu wzrosły z 6 do 30 mln. Przez analogię można wnioskować, że w Gorlicach powiększyłyby się z 50 do 250 mln, gdyby np. penetrujący od lat ten teren zbieracze złomu zaprószyli ogień np. niedopałkiem papierosa.

Sprawa toksycznych substancji na terenie Glimaru jest już w Sądzie Okręgowym w Nowym Sączu, dokąd w czerwcu trafił akt oskarżenia wobec 8 zamieszanych w przestępstwa osób. Żeby dowieźć do budynku sądu 100 tomów kat, konieczne było wynajęcie auta dostawczego…

- Niełatwo było złamać solidarność tej grupy. Było to nawet trudniejsze niż w sprawach przestępstw narkotykowych - przyznaje prokurator Korbelak, który w trakcie swej 16-letniej pracy m.in. szefa działu śledczego, niejedno przecież widział.

„Słupy” z psychiatryka

Mózgiem gorlickiego procederu okazał się Grzegorz P. To słynna już w Polsce postać, został on bowiem aresztowany do głośnej sprawy śląskiej mafii śmieciowej, rozbitej ponad rok temu i składającej się z dziesiątek osób, które są odpowiedzialne za porzucenie 14 tys. ton groźnych dla życia odpadów chemicznych. To Grzegorz P. zorganizował w wielu regionach Polski składowiska, choć jego podwładni czasem zakopywali niebezpieczne beczki po prostu w lasach.

Wiele wskazuje na to, że przez jakiś czas mieszkał nawet w Gorlicach. Jego prawą ręką był Józef G., szef gliwickiego Multibestu, który dzierżawił teren i budynki po dawnej rafinerii. Już w 2017 r. został zatrzymany i usłyszał zarzut nielegalnego składowania niebezpiecznych odpadów, za co grozi do 5 lat więzienia. Z aresztu został zwolniony po wpłaceniu śmiesznych wobec zysków firmy 20 tys. zł kaucji, a także po zobowiązaniu się do przebywania na terenie Polski i zgłaszania na każde wezwanie śledczych.

Wakacje na wolności skończyły się, gdy znaleziono dowody na jego uczestnictwo w śląskiej mafii śmieciowej. Wtedy ponownie trafił za kratki. A z uwagi na fatalne wyniki badań gorlickiej gleby otrzymał kolejne zarzuty i dziś grozi mu już do 12 lat więzienia.
Mechanizm działania grupy był sprytny, a jej szef Grzegorz P. kierował działalnością wyłącznie z „tylnego fotela”. Sam nie podpisywał żadnych dokumentów. Robili to za niego wynajęci ludzie, na których nazwiska zakładano spółki.

I to oni ponosili największe ryzyko. Zawierali umowy z przedsiębiorstwami, z których mieli kupować i przewozić niebezpieczne odpady do zakładów utylizujących trucizny za pomocą specjalistycznej, kosztownej aparatury. Niestety, tak było jedynie na papierze, gdyż w rzeczywistości listy przewozowe zawierały kłamliwe informacje o utylizowaniu odpadów w firmach pod Łodzią i na Mazowszu, zaś faktycznie toksyczne substancje wyrzucano lub wylewano na terenie różnych składowisk, m.in. w dawnej gorlickiej rafinerii. Jak udało się wyśledzić prokuraturze, w ten proceder było zamieszanych kilkanaście firm z Podkarpacia, Małopolski, Śląska, Mazowsza i województwa łódzkiego. Bywało, że rejestrowano je na tzw. słupy, czyli wynajmowano ludzi biednych, nie mających nic do stracenia, a znany jest też przykład prezesa firmy, który w trakcie prowadzenia śmieciowego biznesu przebywał na leczeniu w szpitalu psychiatrycznym! Oczywiście nie było to regułą.

Czasem w proceder udawało się wciągnąć również istniejące od dawna firmy transportowe, których właściciele godzili się na nielegalną działalność, bo w uczciwym biznesie nie dawali sobie rady albo pragnęli dorobić się „na skróty”. W ubiegłym roku aresztowano np. Józefa M., właściciela spółki transportowej z Biecza. Odbierał on niebezpieczne odpady od różnych firm, po czym zamiast przekazywać je widniejącym na listach przewozowych zakładom zajmującym się utylizacją, zwoził je na tereny po Glimarze. Żeby było ciekawiej, na transport niebezpiecznych substancji nie miał wymaganych zezwoleń. Wcześniej robił to samo na Śląsku, gdzie niebezpieczne substancje były zakopywane, rozlewane lub pozostawione w beczkach na gruntach dzierżawionych od zabrzańskiego magistratu. Jego firma cieszyła się ogromna popularnością, gdyż odbierała odpady po bardzo niskich cenach, niszcząc w ten sposób uczciwą konkurencję. Tajemnicą poliszynela pozostaje fakt, że zleceniodawcy pragnący pozbyć się toksyn - a przynajmniej część z nich - musieli zdawać sobie sprawę z tego, że proponowane im ceny za odbiór skażonych odpadów daleko odbiegają od cen rynkowych i zapewne też mogli mieć świadomość, na czym będzie polegała ich „utylizacja”.

W sprawie gorlickiej Józefowi M. grozi do 12 lat więzienia, ale po wpłacie kaucji został zwolniony z aresztu. Ponoć miał udzielić w śledztwie obszernych zeznań.

Oczyszczenie rafinerii z nielegalnie składowanych odpadów bę...

Tropy prowadzą do Neapolu

Dwa lata temu w Zgierzu pod Łodzią doszło do największego w Polsce pożaru odpadów. Szalejący przez tydzień ogień był faktycznie ostatnim etapem „recyclingu”, wywołanym przez umyślne podpalenie. Wcześniej spółka zarządzająca tym terenem zorganizowała ponad tysiąc transportów odpadów z Wielkiej Brytanii, Niemiec, Holandii, Belgii, Szwecji oraz Włoch. Przywiozła stamtąd niemal 24 tys. ton niechcianych plastikowych opakowań i niebezpiecznych substancji.

Na początku września „Superwizjer” TVN wyemitował reportaż, który poszedł tropem ustaleń włoskiego portalu fanpage.it. Jego dziennikarze namówili byłego członka neapolitańskiej Camorry, a później świadka koronnego zeznającego przeciwko mafii, by pomógł im przemycić kamerę do firmy zajmującej się eksportem śmieci do Polski, m.in. do Zgierza i na Śląsk. Nunzio Perella, bo o nim mowa, w latach 80. i 90. XX wieku nazywany był w Neapolu królem odpadów i autorem słynnej maksymy, że „śmieci to złoto”. Jego nazwisko pojawia się niemal w każdym artykule opisującym dzieje włoskiej mafii śmieciowej. Po aresztowaniu poszedł jednak na układ z prokuraturą i zaczął zdradzać tajniki nielegalnego interesu.

Dziennikarzowi TVN wyznał, że jego zdaniem śmieci są wciąż lepszym interesem niż przemyt narkotyków. Nawet jeśli to przesada, faktem pozostaje, że to właśnie w Neapolu wymyślono mechanizm, który skopiowały potem polskie gangi śmieciowe, odpowiedzialne już za setki pożarów składowisk w naszym kraju.

Neapolitańczycy działali według dość prostego schematu. Najpierw sprowadzali odpady z północy Włoch, potem rozszerzyli działalność o dostawy z zagranicy (głównie z Niemiec), a w końcu importowali je nawet z Australii. Dlaczego Australijczykom opłacało się wysyłać odpady tysiące kilometrów zamiast zutylizować je na miejscu albo sprzedać (jakkolwiek cynicznie by to nie zabrzmiało) jakiemuś biednemu krajowi, który nie dba o ekologię? Odpowiedź jest prosta: przepisy pozwalały przekazywać je wyłącznie firmom dającym gwarancje, że śmieci zostaną zneutralizowane przy użyciu specjalnej aparatury w spalarniach, która daje gwarancję, że niebezpieczne substancje nie przedostaną się na zewnątrz i nie doprowadzą do skażenia środowiska. Włoskie przedsiębiorstwa z południa, faktycznie podległe mafii, spełniały takie wymagania. Na papierze.

Faktycznie zaś odpady nie były utylizowane w spalarniach, ale trafiały na zorganizowane tuż obok parku narodowego wysypiska, które otrzymywały zgody na działalność dzięki łapówkom dla urzędników i polityków. Zrzucano je również do jaskiń i zapadlisk u podnóża Wezuwiusza, choć dokumenty wskazywały, że utylizowano je w profesjonalnych zakładach na północy Italii, co potwierdzali przekupieni inspektorzy. Podczas jednej z kontroli odnaleziono nawet na hałdach substancje radioaktywne, które wedle zaświadczeń miały trafić do nowoczesnego zakładu utylizacji w Niemczech. Nie trafiły, bo przy niskich cenach skupu odpadów utylizacja ich zgodnie z regułami byłaby tak kosztowna, że nie miałaby prawa się opłacać.

Z czasem włoski interes tak mocno się rozwinął, że przestępcy nie nadążali z realizacją zleceń. W efekcie część transportów porzucano na ulicach miast, przy lokalnych drogach, w lasach, w wyrobiskach. Z czasem Camorra zmonopolizowała rynek firm śmieciowych, zyskując zdecydowaną większość lokalnych zleceń od przekupnych władz lokalnych. Prowadzący podobną działalność biznesmeni spoza mafii woleli z czasem zamknąć swój interes lub odsprzedać go bandytom niż wejść w konkurencję z nimi. Parella ujawnił władzom (powtórzył to również w TVN), że osobiście groził szefom jednego z największych wysypisk, że powiesi jego dwoje dzieci.

Doszło do tego, że mieszkańcy miasteczek pod Neapolem organizowali sąsiedzkie patrole, uzbrojone w kije bejsbolowe i butelki z benzyną, by wypatrywać ciężarówek zwożących śmieci zamówione przez Camorrę. Robili tak, bo mieli dość życia w smrodzie oraz inwazji pasących się na górach śmieci, wielkich stad mew. Efektem coraz gwałtowniejszych protestów był paraliż wysypisk. Niektóre w ogóle przestały odbierać śmieci, nawet te z milionowego Neapolu, przez co dekadę temu cały świat obiegły apokaliptyczne zdjęcia miasta, tonącego w cuchnących śmieciach, na których pasły się szczury.

Zamykano restauracje, obawiano się epidemii, a Europa była w szoku, że w jednym z najważniejszych krajów Unii Europejskiej widok ulic jest gorszy niż przedmieść indyjskich metropolii. W pewnym momencie do protestów przeciwko wysypiskom włączyła się też sama Camorra, która podżegała ludność do buntu. To z pozoru nielogiczne działanie miało jednak sens: zalać Neapol śmieciami do tego stopnia, by złamać ówczesny rząd Silvio Berlusconiego, który próbował dobrać się do mafijnego interesu oraz do skorumpowanych urzędników.

Camorra jedzie do Polski

Z tej wojny w części zwycięsko wyszły władzy, bo góry śmieci znikły z miast, ale i Camorra nie została pokonana. Po wielkiej demonstracji na ulicach Neapolu w 2013 roku mafia po prostu musiała się już cofnąć i ucywilizować, bo nawet najbardziej skorumpowani urzędnicy nie chcieli już brać udziału w tym interesie, bojąc się wyroków. Ponadto wyszło na jaw, że w tzw. trójkącie śmierci, czyli okolicy na północny - wschód od Neapolu, zamieszkanej przez ponad pół miliona ludzi, gwałtownie wzrosła liczba zachorowań na raka, spowodowanych przez metale ciężkie z mafijnych wysypisk. To było szokiem dla Włochów i wymusiło na władzach odcięcie mafijnych macek. W praktyce oznaczało to zmianę strategii Camorry na mniej inwazyjną i podwyższyło jej koszty własne. Opór społeczny i wymuszone przezeń działania władz sprawiły, że nie można było już bezkarnie mieszać niebezpiecznych odpadów przemysłowych zawierających chemikalia pełne metali ciężkich ze śmieciami z gospodarstw domowych i wywozić ich na zwykłe wysypiska, bo kontrole stały się szczelniejsze.

Trzeba było albo dostosować się do wymogów (ale wtedy zyski byłyby zbyt niskie jak na zachłanność mafii) albo wymyślić coś nowego. Nietrudno zgadnąć, że grupy przestępcze wybrały tę drugą drogę. Nowy pomysł nie był niczym oryginalnym. Po prostu wydłużono łańcuch dostaw śmieci komunalnych i chemikaliów. Ich końcowa stacja nie była już u podnóża Wezuwiusza, ale w Bułgarii i w… Polsce. To do nas (do Gliwic, Żor, Siemianowic) te same firmy, wcześniej zamieszane w mafijne interesy, zaczęły wysyłać niebezpieczne odpady i to m.in. włoskie odpady płonęły podczas słynnego pożaru w Zgierzu. Część transportów z najniebezpieczniejszymi odpadami miała sfałszowane dokumenty świadczące, że zawierają np. odpady komunalne.

Wcześniej mafia (a także zwykli włoscy przedsiębiorcy, bo z czasem Camorra odpuściła monopol w tej branży) próbowali je upychać w Niemczech, ale zbyt wnikliwe kontrole transportów i zawracanie tych najbardziej toksycznych, psuło biznes. W Polsce było dużo łatwiej. Ceny za usługi były mniej więcej czterokrotnie niższe niż we Włoszech czy w Niemczech, obowiązywał tu również prawdziwy „wolny rynek” - do niedawna zakładaniem wysypisk mógł się parać każdy, kto dysponował ogrodzonym terenem poza zabudowaniami. Ich kontrole były fikcją. Tak jak fikcją był recykling śmieci. Nie dawało się bowiem oddzielać śmieci możliwych do przetworzenia od tych, które należałoby spalić, skoro przychodziły sprasowane i dokładnie wymieszane. Zresztą, i tak nie byłoby gdzie neutralizować tych odpadów, bo zdecydowana większość importerów w ogóle nie dysponowała kosztującą miliony aparaturą do utylizacji. W Zgierzu miał co prawda powstać nowoczesny zakład utylizacji, oparty na rzekomo genialnym polskim patencie technologicznym, ale zdaniem biegłego sądowego linia przetwarzania śmieci oparta na tym wynalazku nie mogła działać na skalę przemysłową.

Pożar w Zgierzu miał zapewne taką samą przyczynę, jak w wielu innych miejscach w Polsce. Po prostu, gdy jakieś wysypisko się przepełniało, dochodziło do tajemniczego „samozapłonu”. Toksyczne odpady wypalały się, a dym zawierający trujące substancje skażał okoliczna glebę, rośliny, wody gruntowe i rzeki - robiąc przy okazji miejsce dla kolejnych transportów na wysypisko. W rekordowym 2018 roku pożarów na polskich wysypiskach było ponad 100.

Covidovy epilog

Tak naprawdę nasz kraj dopiero dziś budzi się z uśpienia i zaczyna wdrażać surowsze przepisy ułatwiające walkę z zanieczyszczeniami. Pierwsze zmiany w prawie pojawiły się kilka miesięcy po pożarze w Zgierzu w 2018 r. Dzięki nim sprowadzanie, usuwanie i przetwarzanie odpadów, które prowadzi do znacznego skażenia środowiska zagrożone jest surowymi karami, w tym więzieniem. Firmy muszą dziś posiadać specjalistyczna infrastrukturę, wpłacać gminom wysokie kaucje na poczet ewentualnych kar (gdyby przyszło im na myśl po cichu zwinąć interes), posiadać całodobowy monitoring i wpuszczać inspektorów na niezapowiedziane kontrole, a także umożliwiać im zatrzymywanie na drodze ciężarówek z transportami oraz badanie ich zawartości. Przepisy mają dwa lata i jeszcze za wcześnie jednoznacznie stwierdzić, czy zlikwidują w całości mafię śmieciową.

Na razie widać jedno. Na pewno liczba pożarów zmniejszyła się radykalnie, liczba transportów również, niektóre są wręcz zawracane z granic. Kłopot w tym, że nadal na setkach wysypisk zalegają w Polsce tysiące ton plastiku i chemikaliów, z którymi nie wiadomo, co zrobić. Samorządy nie mają pieniędzy na ich utylizację, państwo też nie pali się, by ponieść koszty takiej operacji. W efekcie toksyczne substancje przedostają się do wody, roznoszą się po okolicy, stają się siedliskiem karaluchów, much i szczurów. Ministerstwo Klimatu zapowiada, że wspólnie z Narodowym Funduszem Ochrony Środowiska wybuduje spalarnię, w której stopniowo będą utylizowane zgromadzone w Polsce śmieci, ale nie wiadomo, kiedy ta idea się zmaterializuje i jak długo potrwa likwidowanie zwałów zwiezionych do nas śmieci.

Jest jeszcze jedno zagrożenie. Jak z nowymi, słusznymi przepisami poradzą sobie słabo finansowane i niezbyt liczne inspektoraty środowiskowe? Czy stać je będzie na liczne kontrole? Te na pewno będą potrzebne. Jak ujawniła niedawno mediolańska prokurator Alessandra Dolci, neapolitańska Camorra i kalabryjska ‘Ndrangheta zaczęły późną wiosną organizować do Europy Wschodniej transporty milionów zużytych maseczek i rękawiczek oraz odpadów sanitarnych z włoskich szpitali walczących z pandemią koronawirusa…

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wideo

Materiał oryginalny: Mafia śmieciowa zarobiła miliony, a Gorlice czekają na eksplozję - Dziennik Polski

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Więcej informacji na stronie głównej Gazeta Krakowska
Dodaj ogłoszenie