Mateusz Cetnarski. Darowane życie piłkarza

Przemysław Franczak, Jacek Żukowski
Mateuszowi Cetnarskiemu nie tylko piłka w głowie. Lubi grać na perkusji, słuchać muzyki i chodzić na koncerty. fot. Andrzej Banaś
Miał kontuzję, która skończyła się sepsą. Była obawa o życie, potem o to, że nie wróci już do sportu. Z Mateuszem Cetnarskim, graczem Cracovii, rozmawiają Przemysław Franczak i Jacek Żukowski.

Ta historia ze szpitalem, sepsą, teraz jest już tylko jak zły sen?
To już na zawsze pozostanie gdzieś we mnie i w moich najbliższych. Staram się jednak o tym nie myśleć. Teraz jest nowy rozdział. Cieszę się, że wszystko skończyło się dobrze.

To zdarzyło się w październiku zeszłego roku, ale dopiero niedawno wyszło na jaw, że sprawa była naprawdę poważna. Wcześniej nie chciał Pan o tym mówić?Nie chciałem. Chciałem zająć się piłką, powrotem na boisko, a nie rozmowami o mojej chorobie. Teraz możemy o tym pogadać, bo jestem zdrowy, wróciłem i gram w podstawowym składzie Cracovii.

Początek października. Pańscy koledzy z Cracovii wychodzą na mecz w koszulkach z napisem "Cetnar, trzymaj się"...
Chwilę wcześniej trafiłem do szpitala. Koledzy mnie w nim nawet odwiedzili, ale wtedy nie zdawali sobie jeszcze do końca sprawy, co się ze mną dzieje. Choć widzieli, że nie działo się za dobrze.

Te koszulki dawały do myślenia. Było wiadomo, że ma Pan kontuzję - zapalenie spojenia łonowego - ale to nie jest tak poważny uraz, żeby trzeba kogoś w ten sposób wspierać na duchu.
No, nie wyglądałem w tym szpitalu za ciekawie. Sytuacja była taka: kontuzja kontuzją, ale zaczynałem czuć się coraz gorzej. Gorączka, ból. Zgłosiłem się do szpitala, to była niedziela. Wtedy nie postawiono żadnej diagnozy, powiedziano mi, że nic poważnego mi nie dolega. Dwa dni później pojechałem na rehabilitację, w środę miałem kolejną wizytę. Czułem, że gorączka rośnie. Filip Pięta, fizjoterapeuta, zmierzył mi temperaturę. 41 stopni. Na SOR trafiłem prosto z jego gabinetu. Okazało się, że muszę zostać w szpitalu. Można gdybać, co by się stało, gdyby ktoś nie podjął decyzji, że trzeba mnie przyjąć.

Kiedy lekarze powiedzieli: to sepsa?
Po kilku dniach pobytu w szpitalu zdałem sobie sprawę z tego, że mój stan jest poważny. Sama kontuzja przecież nie spowodowałaby tak fatalnych wyników badań krwi. Wypytywałem panią doktor, której zresztą potem osobiście dziękowałem za opiekę, o szczegóły. Mówiła, że trzeba walczyć, by poprawiać słabe wyniki badań. Na szczęście bardzo szybka reakcja sztabu medycznego sprawiła, że te wyniki zaczęły się poprawiać. Leżałem na oddziale nefrologii w Szpitalu Uniwersyteckim przy ul. Kopernika, bo przy sepsie bardzo zagrożone są nerki.

Ta diagnoza zmroziła Panu krew w żyłach?
Jasne, że tak, nigdy nie spotkałem się z czymś takim. Miałem pojedyncze kontuzje, choroby, ale nigdy tak poważne, żeby mówiło się o zagrożeniu życia. Potrzebowałem wsparcia rodziny. Moja mama i bracia nie odstępowali mnie na krok.

Był jakiś moment krytyczny?
Na szczęście nie, po kilku dniach wszystko zaczęło wracać do normy. Pierwsze godziny, dni były najgorsze. Nie chcę się nad tym rozwodzić, ale w trakcie pobytu w szpitalu dowiedziałem się o tej chorobie od lekarzy i z internetu tyle, że teraz pewnie mógłbym zrobić z niej specjalizację.

Był taki moment, w którym zastanawiał się Pan, czy będzie mógł w ogóle wrócić do piłki?
Tak, w szpitalu. Podczas badań było zagrożenie, że może być coś nie tak z nerkami. Czarnych myśli jednak nie miałem. W im gorszym byłem stanie, tym mocniej myślałem o tym, kiedy zacznę grać. W szpitalu cały czas oglądałem mecze. Przyjaciele przywieźli mi sprzęt - gdy włączałem telewizor w piątek, kiedy zaczynała się kolejka, wyłączałem go w poniedziałek. Pacjenci, którzy ze mną leżeli, byli w siódmym niebie, bo też mogli sobie pooglądać mecze. Żyłem cały czas futbolem, to piłka trzymała mnie w dobrej formie psychicznej. Gdy po niespełna dwóch tygodniach wyszedłem ze szpitala, to zalecano mi, bym za wcześnie nie brał się za treningi. Miałem przecież za sobą dosyć długą kurację antybiotykową. Ale w końcu dostałem zielone światło. Poczułem ulgę.

Wcześniej nie myślał Pan: co za pech, niedawno zmieniłem klub, miałem plany, a tu zdarza się coś takiego?
Czasami się nad tym zastanawiałem. Ale wtedy powtarzałem sobie: co mi to da takie użalanie się nad sobą? Można mnożyć przykłady chłopaków, którzy byli na fali wznoszącej, a potem musieli się zmagać z kontuzjami. Choćby mój przyjaciel Dawid Nowak. Przyszedł do Cracovii po wielu operacjach i stąd trafił do reprezentacji. Są przykłady ludzi, którzy się nie załamują.

A Pan jest na fali wznoszącej?
Czuję, że troszeczkę odżyłem, że ten fatalny okres mam za sobą. Zagrałem trzy mecze z rzędu w podstawowym składzie, chcę to utrzymać.

Pytamy szerzej: w jakim miejscu jest Pańska kariera?
Gdyby inaczej się to wszystko potoczyło, kiedy miałem 20 czy 21 lat, to pewnie nie rozmawialibyśmy teraz w Krakowie. Gdy grałem w Bełchatowie i dostawałem pierwsze powołanie do reprezentacji Polski, to była szansa, żebym wyjechał za granicę. Klub się nie zgodził, ale nie rozpamiętuję tego. Nie żałuję lat spędzonych w Bełchatowie, Śląsku, krótkiego okresu w Widzewie. Bez sensu jest wracanie do przeszłości.

Młodzi piłkarze marzą z rozmachem. Pięć-sześć lat temu, gdzie Pan się widział?
Tam gdzie widzi się każdy młody piłkarz, który stawia pierwsze kroki w ekstraklasie. Każdy z nas marzył, by pojechać gdzieś za granicę, grać w lepszych klubach. Nie ma co się oszukiwać, w Anglii czy w Niemczech są lepsze perspektywy.

Kariera piłkarska trwa stosunkowo krótko. Jest taki moment, w którym horyzont się zacieśnia i już się wie, że nie dla mnie Anglia, nie dla mnie Niemcy?
Oczywiście. Są jednak piłkarze, którzy "odpalają" w wieku 26-28 lat. Nie szukając daleko, spójrzmy na mojego kumpla ze Śląska Sebastiana Milę. W młodym wieku wyjechał do Austrii Wiedeń. Myślał, że wielka kariera stoi przed nim otworem. Nie udało się, wrócił do kraju i wszyscy postawili na nim krzyżyk. A on stał się podporą polskiej kadry, strzelił ważną bramkę w meczu z Niemcami.

To dla Pana inspiracja? Pan też uchodzi za niespełniony talent.
To przykład, że nie tylko w młodym wieku można osiągnąć to, o czym się marzy.

Pan jeszcze myśli o wyjeździe za granicę?
Teraz myślę, by spokojnie pograć w piłkę w Cracovii. A to, czy kiedyś wyjadę... Szpital uczy pokory, zacząłem stąpać po ziemi jeszcze mocniej niż dotychczas. Nie lubię narzekać, biorę życie takie, jakim jest. Na luzie. Jestem optymistą z natury. Mam wspaniałą rodzinę, jestem zdrowy. To najważniejsze.

Pan już jako dziecko wymarzył sobie swój zawód.
Z rodzinnego domu w Kolbuszowej wyjechałem bardzo szybko, miałem niespełna 14 lat. Grałem w kadrze makroregionu, a wiadomo, że na takie mecze przyjeżdża wielu skautów. Zgłosiła się do mnie Szkoła Mistrzostwa Sportowego z Łodzi, powiedzieli, że chętnie by mnie u siebie widzieli. Spakowałem się i pojechałem.

Dla 14-latka to poważna decyzja.
Bardzo poważna. Patrząc na to wszystko z perspektywy czasu, widząc dziś 13-14-latków, to nie wiem, czy gdybym miał syna, to zgodziłbym się wysłać go gdzieś z dala od domu. Chyba wolałbym być bliżej niego, mieć nad nim jakąś kontrolę.

Lekko nie było?
Nie było. Wyprowadziłem się przecież 300 km od domu. A u każdego człowieka psychika rozwija się trochę inaczej. Młodzież jest różna. Nie wszyscy myślą sobie: OK, skupiam się na nauce, na treningach. Wiadomo, jak to czasem wygląda, kiedy ma się 15-16 lat. Czasami ktoś zboczy z kursu.

Pan zbaczał?
Ja akurat byłem bezkonfliktowym uczniem. Książka, nauka, trening. Byłem całkowicie sfokusowany na karierę. Mama chyba nigdy nie musiała odbierać telefonu od dyrektora, że coś złego dzieje się w szkole albo że odwaliłem jakiś numer.

Były trudne momenty, płacz w poduszkę?
Jasne że tak, nie raz i nie dwa. Tęskniłem za domem. A nie było tak, że z Łodzi do Kolbuszowej mogłem dostać się w try miga. Internet wtedy dopiero się rozwijał, nie było żadnych "bla bla carów", czy podobnych rzeczy. Komunikacja pozostawiała sporo do życzenia. Autobusem musiałem jechać 7,5 godziny, więc gdy już wybierałem się do domu, to musiałem dostać w szkole trzy-cztery dni wolnego.

Ale to podobno Pan musiał przekonywać mamę, i to długo, żeby puściła Pana do Łodzi.
To prawda. Nie chciała się zgodzić. Była taka sytuacja, że płakałem, mówiłem jej, że muszę tam pojechać, a jak mnie nie puści, to się śmiertelnie obrażę. W końcu uległa. Ale jeżeli postawiłaby na swoim, to zostałbym w domu. Trochę bym popłakał, polamentował i poobrażał na świat, ale musiałbym to zaakceptować.

Dla niej to musiało być chyba trudne doświadczenie. Najmłodszy syn wyfruwa z gniazda tak wcześnie.
Na pewno, choć moi starsi bracia cały czas byli w Kolbuszowej. Sami zresztą różnie odbierali ten mój wyjazd. Starszy, który grał w piłkę w Kolbuszowiance, mówił, żebym się nie zastanawiał, tylko skorzystał z szansy. Średni patrzył z większą rezerwą.

Bo to było trochę stawianie wszystkiego na jedną kartę. Z jednego rocznika w takiej szkole przebija się ilu? Jeden? Dwóch?
Z mojego w ekstraklasie gra jeszcze tylko Błażej Augustyn w Górniku Zabrze.

Kiedy dostał Pan ofertę z Bełchatowa, zadzwonił Pan do domu i krzyknął: "udało się!"?
Mama już wiedziała, że tak to się może potoczyć. Miała informacje ze szkoły, że coś z tego może być. Nie było tajemnicą, że kluby obserwują nieźle zapowiadających się piłkarzy. A ja zawsze miałem dobrze poukładane w głowie. Zostałem przez mamę bardzo dobrze wychowany. Ale też, wyjeżdżając do Łodzi chciałem spłacić dług wdzięczności wobec niej, że w ogóle mnie tam puściła. Cały czas miałem ją przed oczami. Wiedziałem, że nie mogę niczego wywinąć.

Teraz ma Pan blisko do Kolbuszowej.
No tak, można jechać na obiad do domu i wrócić na trening.

Zestaw perkusyjny jest w Krakowie czy w rodzinnym domu?
(śmiech) W Krakowie. Dostałem go w prezencie od przyjaciela, gdy grałem we Wrocławiu.

To najważniejszy mebel w domu?
Nie, gram sobie całkowicie hobbystycznie. To nie tak, że jestem muzykiem i zaraz założę swój zespół. Perkusja pomaga mi wyładować emocje. Z nudów lubię usiąść i trochę pograć. Są jednak inne gadżety, które jeszcze bardziej upiększają mi życie.

Jakie?
Gramofon na przykład. Bez niego nie mógłbym się ruszyć w nowe miejsce.

Kolekcjonuje Pan płyty winylowe?
Tak. Zaraziłem się tym we Wrocławiu. Poznałem tam wielu kibiców Śląska, którzy są muzykami i tak zostało. Jeździliśmy do hurtowni, do kolekcjonerów, i wymienialiśmy się płytami. Teraz podrzucają mi je też znajomi czy rodzina. Ale na razie ta kolekcja nie jest jakaś wielka. Nie zbieram wszystkiego jak leci, szukam konkretnych tytułów, wykonawców.

Co ostatnio fajnego Pan kupił?
Kings of Leon, "Mechanical Bull". Uwielbiam przyjść do domu i wyciszyć się przy muzyce z gramofonu. To jest zupełnie inne brzmienie.

Koncerty?
Chętnie i często. Wolę tak spędzać czas, zamiast siedzieć w domu przed telewizorem. Niedawno był rewelacyjny koncert Dżemu w Auditorium Maximum. Na Dżemie byłem już chyba siódmy albo ósmy raz. W ogóle mam taki plan, że jak skończę grać w piłkę, to pojeżdżę sobie po dużych festiwalach. Chciałbym zobaczyć Woodstock, Open'era, czy Cieszanów Rock Festival. Teraz nie mam takiej możliwości, bo to koliduje z treningami, meczami. No i mam taki pomysł, żeby zabrać się z jakąś kapelą w trasę i zobaczyć to wszystko od kulis.

Słyszeliśmy, że ma Pan sporo znajomych w tym środowisku.
Zgadza się. W Krakowie mam kontakt z Bzykiem z Wu-hae. Najbardziej zżyłem się z Grzegorzem Puzią, perkusistą Apteki, zresztą to od niego dostałem perkusję. Poza tym znam też Darka Malejonka. Ale najdłużej kontakt mam z Pablopavo z Vavamuffin. Gdy tylko koncertuje w Krakowie albo gdy my gramy na Legii, której Pablopavo jest kibicem, to zawsze się widujemy.

Ze swoim gustem to chyba nie ma Pan lekko w piłkarskiej szatni.
(śmiech) Nigdy nie miałem lekko. Ale im jestem starszy, ten mój horyzont muzyczny się rozszerza.

Wchodzi Pan do szatni, a tam "ona tu jest i tańczy dla mnie".
Jednym uchem wpuszczam, drugim wypuszczam. Raczej nie śpiewam. Nie bawi mnie taka muzyka. Nie potańczę. No, może na weselu (śmiech). Ale zdarzają się też zaskoczenia. W Cracovii na przykład Bouba Dialiba i Deleu, którzy słuchają dużo reggae, otworzyli mi oczy na rytmy z Senegalu i Brazylii. Złapałem z nimi dobry kontakt pod względem muzycznym.

A ten Kraków to na długo?
Na pewno na razie chcę się tu zadomowić. Nie wybiegam w przyszłość, nie myślę, co będzie za rok, czy za dwa lata. Tamta historia pokazała mi, że pewnych rzeczy nie warto planować.

***

Mateusz Cetnarski urodził się w Kolbuszowej, 6 lipca skończy 27 lat. Zanim trafił do Cracovii był graczem Bełchatowa, Śląska Wrocław i Widzewa. Dwukrotnie wystąpił w reprezentacji Polski (w 2010 roku). Zagrał m.in. w słynnym meczu z Hiszpanami, przegranym przez Polaków 0:6 (w 82 minucie zmienił Jakuba Błaszczykowskiego). Do "Pasów" trafił latem 2014 roku. Zagrał dla nich na razie 13 razy, strzelił dwie bramki.

***

Sepsa po polsku nazywana posocznicą (zakażenie krwi) to zakażenie ogólne całego organizmu, któremu towarzyszą zaburzenia pracy narządów i krzepnięcia krwi. To reakcja zapalna organizmu wywołana przez infekcję bakteryjną, wirusową, pasożytniczą lub grzybiczą. Reakcja jest niezwykle gwałtowna, często nagła. Źle zdiagnozowana może w krótkim czasie zakończyć się śmiercią. Definicja ze strony internetowej Wojewódzkiej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Warszawie.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie