Opowieści taksówkarzy z czasów epidemii. Trudno im o optymizm

Anna Piątkowska
Anna Piątkowska
Dezynfekowanie klamek i pasów po każdym kursie, osłona między siedzeniami, zakaz siadania z przodu. Ale najgorzej, że brakuje pasażerów. Kierowcom ciężko związać koniec z końcem
Dezynfekowanie klamek i pasów po każdym kursie, osłona między siedzeniami, zakaz siadania z przodu. Ale najgorzej, że brakuje pasażerów. Kierowcom ciężko związać koniec z końcem fot. 123RF
Na krakowskich postojach taksówek zdecydowanie mniej. Wielu kierowców - z obawy o zdrowie - zrezygnowało z pracy albo poszło na L4 już po pierwszych informacjach o rozprzestrzenianiu się wirusa. Kolejni - po zamknięciu galerii i kolejnych obostrzeniach. Ci, którzy wciąż kursują, są oddzieleni od pasażerów przesłonami z plastiku lub folii, wyposażeni w środki dezynfekujące.

FLESZ - Nowy lek na koronawirusa ma 94 proc. skuteczności

Nie od razu udaje mi się znaleźć rozmówców. Kierowcy, do których dzwonię, mówią, że teraz w ogóle nie jeżdżą. Na stanowisku zostało ich niewielu.

Młodzi i starsi, taksówkarze i uberowcy. Koronawirus mocno uderzył w branżę, przecież ściśle powiązaną z turystyką i kulturalno-imprezowym życiem miasta.

Tadeusz

Na postoju taksówek przy Kleparzu o każdej porze dnia stoi zazwyczaj kilka samochodów. W poniedziałek około 15 napotykam tylko jedno auto.

Jego właściciel chętnie porozmawia - i tak czeka. Na aplikacji pan Tadeusz demonstruje aktualny ruch taksówek z jego sieci:

- Wszystko stoi. Na zielono stoi. Czerwone zajęte. Na 39 taksówek na mieście 10 jest zajętych. A przecież jest taka godzina, kiedy ludzie zaczynają wychodzić z pracy - zwraca uwagę.

Postój jest zlokalizowany w pobliżu szpitala wojskowego, medycy po pracy często biorą taksówkę, żeby szybciej dotrzeć do domu.

- Nieduży dystans, a na autobus, zwłaszcza w wolne dni, czeka się teraz bardzo długo - tłumaczy.

Oprócz pracowników ochrony zdrowia, taksówkę biorą klienci jadący z dworca - to około 20 procent kursów, które wykonuje pan Tadeusz.

Ale z taksówek najczęściej korzystają dziś chyba osoby starsze. Seniorzy zazwyczaj nie dysponują własnym autem, a z komunikacji miejskiej boją się korzystać albo - po zmianach rozkładów jazdy - po prostu nie mają takiej możliwości. Do tego dochodzą problemy z poruszaniem się i inne dolegliwości zdrowotne.

- Czasem trzeba wyjść z auta, pomóc im wejść lub wyjść z samochodu, przytrzymać torbę. Takie normalne ludzkie odruchy - mówi pan Tadeusz.

Pasażerowie rozmawiają z nim jak zawsze. Teraz może nawet chętniej, bo z kimś trzeba podzielić się przemyśleniami, pożalić się, opowiedzieć - a w izolacji kontaktu z drugim człowiekiem brakuje najbardziej.

Pomimo moich obaw, pan Tadeusz i ze mną chętnie rozmawia. Potwierdza, że równie chętnie słucha i sam dzieli się przemyśleniami z pasażerami. Rozmawiają o wszystkim, głównie jednak tematy krążą wokół zdrowia. Z panią biolog rozmawiał o tym, jak wirus jest zbudowany i jak może się mutować.

Ze starszymi najczęściej rozmawia o ich dolegliwościach i o problemach z dostępem do lekarza. Wszystkie siły skierowane zostały teraz na walkę z wirusem, ona jest priorytetem, a ludzie chorują jak dawniej. Przecież wciąż mają też inne dolegliwości zdrowotne niż COVID-19.

Czy pan Tadeusz się nie boi? Plastikowa przegroda oddziela go od pasażera, nie można skorzystać z przedniego siedzenia obok kierowcy, po każdym kliencie taksówkarz musi przemywać klamki. Płyn do dezynfekcji i maseczka - to obowiązkowe wyposażenie taksówkarza w czasach zarazy. Pan Tadeusz podchodzi jednak do tematu z filozoficznym dystansem: Strach nam towarzyszy od urodzenia. Mamy podstawowe instynkty: agresji, strachu, miłości. Jakiś tam lęk z tyłu głowy jest - przyznaje po chwili.

Nocą pan Tadeusz nie jeździ - nic się nie dzieje. W zeszłym tygodniu wyjechał testowo na nocne kursy. Od 22 do 6 rano trafił się jeden klient.

Dzień za kółkiem to 70 - 80 złotych obrotu, pięciu-sześciu klientów. A to i tak przy pracy od rana do wieczora.

Jest ogromna różnica w porównaniu z okresem sprzed pandemii, wówczas robiło się jakieś cztery razy więcej kursów dziennie.

Pan Tadeusz jako taksówkarz zadebiutował niedawno. Jest instruktorem nauki jazdy, taksówka była pomysłem na to, by dorobić, kiedy zawiesiły działalność szkoły jazdy.

Bogdan

Od ponad trzech lat żyje z jazdy uberem, ostatnio doszedł jeszcze bolt i free now lite, ale najwięcej zarabiał na uberze. Stamtąd przychodziło najwięcej kursów, głównie turyści.

Dziś proporcje się zmieniły - zdecydowana większość pasażerów zamawia bolt protect, usługę, w której kierowca musi mieć przesłonę, a pasażer może zająć jedynie miejsce z tyłu. Zgodnie z procedurą, gdyby w czasie kursu ktoś kichał czy kaszlał, to kierowca musi zdezynfekować tę przesłonę. Po każdym kursie powinien też dezynfekować klamki, pasy, wszystko, czego pasażer mógł dotykać.

Powinien? - czepiam się słowa. - Zależy to od uczciwości kierowcy?

Bogdan potwierdza.

Bo niby kto miałby sprawdzać, czy tak się dzieje? Ale przecież nigdy nie wiadomo, czy pasażer jest zdrowy. Nie tylko teraz.

Bogdan nie boi się o siebie, od 20 lat nie chorował na nic. Jest młody. Codziennie dezynfekuje auto. Zachowuje zalecane zasady bezpieczeństwa - pasażerowie mogą jechać tylko z tyłu, w przeciwnym razie nie zrealizuje kursu. Jednak póki co nikt nawet nie próbował siadać z przodu.

Do tej pory klientami Bogdana byli w głównej mierze turyści. Nie tylko młodzi.

- Kraków jest specyficznym miastem; jest tu dużo muzeów, atrakcji kulturalnych, ale są też miejsca poza miastem, do których turyści chcą dotrzeć: Wieliczka, Oświęcim, latem Energylandia - tłumaczy kierowca. - Klienci jeżdżą tam najczęściej uberem, rzadziej boltem.

Ale od kolegów Bogdan wie, że zdarzają się turyści, którzy jadą w tak odległe miejsca nawet airport taxi (gdzie za kurs trzeba zapłacić znacznie więcej). Weźmy taki Oświęcim: pod samo muzeum można dojechać za 15 złotych autobusem, który odjeżdża z krakowskiego dworca dosłownie co pół godziny. Ale niektórzy i tak woleli jechać taksówką. Zwłaszcza Amerykanie nie lubią komunikacji zbiorowej.

Pytam, czy tylko zagraniczni turyści podróżowali w ten sposób. Bogdan potwierdza: do Wieliczki czy Oświęcimia woził praktycznie tylko gości z zagranicy. Jednak do Energylandii zdarzało mu się realizować kursy również dla Polaków.

Teraz jego klientami są tylko Polacy i Ukraińcy. Jest jeszcze jeden Hiszpan, ale on jest jak tutejszy - mieszka w Krakowie, pracuje, ma tu dziewczynę. Ale w ostatnim miesiącu w ciągu tygodnia nie ma w ogóle zbyt wiele kursów.

Czy da się z tego dziś żyć?

- Minimalna kwota, jaką wyjeżdżałem dziennie, to było 300 złotych, a bywało 400 zł, 500 złotych. Teraz staram się wyjeździć 100 złotych dziennie, a jeżdżę więcej niż miesiąc temu.

Żeby zarobić „stówę”, potrzeba siedmiu klientów. I cały dzień jazdy.

Zmieniła się też specyfika pracy pana Bogdana. Kiedyś jechał z Ruczaju w kierunku Nowej Huty, wiedząc, że poczeka tam maksymalnie pięć minut i dostanie kurs w inne miejsce. Teraz po kursie najczęściej wraca do domu i czeka na kolejne zlecenie mniej więcej godzinę.

Klienci jadą najczęściej na krótkich odcinkach, głównie rano - do pracy, a w ciągu dnia, żeby załatwić jakieś sprawy, odwiedzić rodzinę, do starszych osób, na zakupy. W weekendy odwiedzają swoich partnerów czy partnerki. W tygodniu po godzinie 19 nie ma już żadnych kursów.

W weekend zdarza się, że ktoś wraca w nocy z imprezy. Bo to nieprawda, podkreśla pan Bogdan, że Polacy w ogóle się nie odwiedzają, siedzą cały czas w izolacji. Dalej potrzebują poprzebywać razem.

- W poniedziałek ruch trochę się ożywił. Do tej pory jak ktoś korzystał z ubera, ale nie jechał do pracy, to łamał prawo, bo przecież nie można było się przemieszczać - mówi kierowca.

Pan Bogdan czeka, aż wróci normalne życie, nawet bez turystów. To wystarczy, żeby zarobił na życie.

- Ale żeby tak się stało, muszą być otwarci fryzjerzy, restauracje, usługi, żeby ludzie mieli po co się przemieszczać. Kiedyś było bardzo dużo kursów w tygodniu do kina, teatru czy do restauracji. Teraz tego nie ma. Jeszcze niedawno myślałem, że tak jak szybko się to zaczęło, tak szybko się skończy... - zamyśla się Bogdan. I dodaje: Nie ukrywam, że liczę na to, że w ciepłych miesiącach Kraków się trochę otworzy.

Pan Bogdan stosuje perspektywę kiedyś-dziś. Jak zawsze w tej optyce: to kiedyś było lepiej.

„Kiedyś” było zaledwie miesiąc temu.

Andrzej

Pan Andrzej taksówką jeździ po Krakowie od 1989 roku.

To znaczy jeździł wcześniej, bo od 4 marca nie wyjeżdża do pracy.

W ciągu tych 31 lat nie przypomina sobie podobnego przestoju, nawet o połowę mniejszego.

- To kataklizm - kwituje.

Kiedy tylko pojawiły się pogłoski o koronawirusie w mieście, pan Andrzej przestał jeździć.

- Boję się o zdrowie - przyznaje wprost. - Zresztą, od kiedy pozamykali galerie, nie ma turystów, nie ma kogo wozić.

Zaraz dodaje: Z drugiej strony nawet się z tego cieszę, bo to znaczy, że ludzie naprawdę siedzą w domach, że ta izolacja może przynieść efekt. Miasto jest wyludnione. Poza tym ludzie też się boją jechać taksówką. Pasażerowie się często zmieniają, nie wiadomo, czy taksówkarz wiózł zdrowego, czy chorego. Ludzie, jak nie muszą, to nie jeżdżą.

Od kolegów jednak pan Andrzej wie, że zabezpieczenia muszą być i są. Jedni stosują bardziej profesjonalne przegrody, inni zwykłą folię przyklejają do słupków foteli, do tapicerki, żeby się odgrodzić od pasażera.

I nie ma opcji, żeby pasażer usiadł z przodu. Zapłacić można tak jak w sklepie - wsuwa się pieniądze czy kartę tylko że niżej, na wysokości bioder.

Jego koledzy, którzy wciąż próbują jeździć, wyjeżdżają do pracy co dwa, nawet trzy dni. Mówią Andrzejowi, że na pasażera długo się czeka, czasem nawet sześć, siedem godzin.

- Żyję z oszczędności - mówi pan Andrzej - Nie zarabiamy i klepiemy biedę. Ale to jak większość ludzi dziś - dodaje taksówkarz.

Pan Andrzej jest wolnym strzelcem, nie jeździ w korporacji. Do tej pory można się było z tego utrzymać.

- Praca co najmniej 10 godzin dziennie, łącznie z sobotami i niejednokrotnie niedzielami - wspomina czasy sprzed pandemii. - Było co robić. Domu się za to może nie zbuduje, ale na życie było. Póki byli turyści.

Stałe trasy pana Andrzeja przebiegały w okolicach dworca, galerii, rynku. Latem taksówkarz woził głównie turystów, obcokrajowców. Dzisiaj turystów nie ma.

Według oceny pana Andrzeja, na miasto wyjeżdża mniej więcej 10 procent taksówek.

Przyszłość?

Pan Andrzej nie widzi jej optymistycznie. Latem nie będzie turystów - taksówkarze ucierpią tak samo jak hotelarze. Być może ludzie będą się bali podróżować.

- Na pewno będzie ciężko. Tym bardziej że minister Szumowski mówi, że to wszystko będzie jeszcze długo trwać - kwituje kierowca.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie