Polska to rysunek kotka i napis „Ja cię kocham, a ty śpisz”

    Polska to rysunek kotka i napis „Ja cię kocham, a ty śpisz”

    Maria Mazurek

    Gazeta Krakowska

    Aktualizacja:

    Gazeta Krakowska

    Maria Iwanowa marzy, by emeryturę spędzić w Polsce. Na mniejszym zdjęciu: jej podopieczni,  buriacka młodzież polskiego pochodzenia, w trakcie wczorajszego

    Maria Iwanowa marzy, by emeryturę spędzić w Polsce. Na mniejszym zdjęciu: jej podopieczni, buriacka młodzież polskiego pochodzenia, w trakcie wczorajszego koncertu w krakowskim Klubie Garnizonowym ©Andrzej Banaś

    Maria Iwanowa mieszka na Syberii, tysiące kilometrów od Polski. Nad Bajkałem kultywuje polską kulturę, prowadząc polonijne stowarzyszenie. Teraz z młodzieżą polskiego pochodzenia jest w Krakowie. Pokazuje kraj przodków i marzeń
    Maria Iwanowa marzy, by emeryturę spędzić w Polsce. Na mniejszym zdjęciu: jej podopieczni,  buriacka młodzież polskiego pochodzenia, w trakcie wczorajszego

    Maria Iwanowa marzy, by emeryturę spędzić w Polsce. Na mniejszym zdjęciu: jej podopieczni, buriacka młodzież polskiego pochodzenia, w trakcie wczorajszego koncertu w krakowskim Klubie Garnizonowym ©Andrzej Banaś

    Jak myśli Pani „Polska”, jaki obraz najpierw przychodzi na myśl?

    Rysunek kotka i napis „Ja cię kocham, a ty śpisz”. Mieliśmy taki w domu. Bo ta Polska, w której nigdy nie mieszkałam, od dziecka była w moim sercu.

    Gdzie się Pani urodziła?

    W 1954 roku, na Kresach, w niewielkiej wiosce Wierobiejki pod Grodnem. Na terytorium dzisiejszej Białorusi. Cała wioska to byli Polacy. Połowa mieszkańców nosiła takie nazwisko, jak my - Michalczenia.

    W jakim języku rozmawialiście?

    Dziś wiem, że był to kresowy - mieszanina polskiego, białoruskiego i rosyjskiego. W to same zdanie potrafiliśmy wpleść słowa w trzech językach. Dla nas to było naturalne. Tak jak to, że wieś kończy się wraz z trzema krzyżami, i że za te trzy krzyże już nie możemy wychodzić.

    Kościół mieliście?

    Kościoła nie, ale był dom modlitw, gdzie spotykaliśmy się, żeby odmawiać różaniec - to znaczy dorośli odmawiali, a my, dzieci, niewiele z tego rozumieliśmy. W maju mieliśmy też obrzędy maryjne - śpiewy, modlitwy, trwało to cały miesiąc prawie. Pewnie (tak sobie teraz myślę), miało to związek ze świętem Marii Królowej Polski. Wie pani, to były czasy i miejsce, w którym niełatwo było o wierność swojej religii. Na pierwszą komunię mama wiozła mnie i rodzeństwo po kryjomu do wioski oddalonej o 50 kilometrów. Prosiła, żebyśmy mówili wszystkim, że jedziemy do lekarza. Przyjechaliśmy na miejsce wieczorem, mieliśmy nocleg. Rano mama powiedziała, że nie możemy już jeść, bo zaraz pójdziemy do pierwszej spowiedzi, a potem - do pierwszej komunii. I że to zobowiązuje nas, żeby być grzecznymi, żeby nie kłamać, nie oszukiwać. Miałam pięć lat i nie rozumiałam do końca sensu tego, co się dzieje.

    Nie chcieliście się przenieść do Polski?

    Chcieliśmy. W 1956 roku mieliśmy już prawie komplet papierów, zdawało się, że wszystko jest załatwione. Sprzedaliśmy dom. Żyliśmy na walizkach. Pamiętam nawet zdjęcie rodzinne, które zrobili nam. Mama trzymała na rękach moją najmłodszą siostrę, dopiero co narodzoną. I wtedy okazało się, że jednak brakuje jakiegoś jednego dokumentu. Musieliśmy zostać na Białorusi i dosłownie zaczynać wszystko od nowa.

    Trudno było?

    Z ziemią nie było dużego problemu, ale musieliśmy wybudować dom. Ale tata był zaradną osobą, cenioną złotą rączką i wspaniałym myśliwym. Był z tego znany; ważne persony prosiły go, żeby poszedł z nimi na ochotę, czyli polowanie. W domu mieliśmy mnóstwo rogów, skór zwierzęcych, sprzętów do polowania. Ale bardzo trudno było, jak tata zginął i zostawił mamę z piątką dzieci. Miałam wówczas trzynaście lat.

    Jak zginął?

    Jechał motocyklem i - nie wiem jak to się stało - trafił pod traktor. Śmierć na miejscu (długa cisza). Pamiętam, że przez kilka dni siedzieliśmy niemal ruchomo, przy stole, z mamą i rodzeństwem. I cały czas tylko płakaliśmy i modliliśmy się.

    Proszę nie płakać...

    Tyle czasu minęło, że teraz wydaje mi się już, że tak miało być.

    Zostaliście w wiosce po śmierci taty?

    Przez jakiś czas. Później wyprowadziliśmy się do Grodna. Tam trafiłam do collegu kultury, wykształciłam się jako choreograf.

    Musiała być pani dobrą uczennicą.

    Należałam do najlepszych w szkole. Ale... ja zawsze, nawet jako dziecko, nie byłam taka jak inni. Częściej byłam poważna, niż uśmiechnięta. Pamiętam, jak przyjechaliśmy do Grodna i poszliśmy do fotografa, bo on musiał zrobić mi zdjęcie do jakiegoś dokumentu. I ten fotograf mówi: „to dziecko jest zbyt seriozne”. Czyli - poważne. Myślę, że gdybym nie wyjechała na Syberię, poszłabym w stronę nauki. Gienadij, mój mąż, jak już poznaliśmy się na studiach w Leningradzie, to mnie z bibliotek wyciągał.

    A jak pani trafiła do Leningradu?

    Najpierw trafiłam do Brześcia. Zostałam tam zatrudniona w klubie kultury Uniwersytetu Inżynieryjno-Budowlanego. Niby jako choreograf, kierownik zespołu tanecznego, ale nie minęły dwa miesiące, a dyrektor klubu został zwolniony. I zaproponowano mi, a raczej oświadczono, że obejmuję jego funkcję. I tak moją pierwszą pracą było od razu: dyrektor. Miałam 18, może 19 lat. W Brześciu spędziłam sześć cudownych lat - organizowałam konkursy, występy. Potem wysłali mnie - z założeniem, że wrócę - na studia do Leningradu do Wyższej Szkoły Kultury Związków Zawodowych. To była jedyna taka szkoła w całej Rosji i nie było się do niej łatwo dostać.

    I tam spotkała pani Gienadija z Ułan-Ude.

    W zabawny sposób się zapoznaliśmy. On zapytał mnie, skąd jestem. Odpowiedziałam, że przyjechałam z Białorusi, ale jestem Polką. On na to: a wiesz, że ja też mam korzenie polskie?

    Pani mąż nie wygląda na Polaka. Skośne oczy, ciemna skóra.

    Jak wielu potomków Polaków w Buriacji. Geny się mieszały, a te azjatyckie są dominujące. Natomiast Gienadij oświadczył mi, że jego babcia była Polką, że on w Polsce był, i że czuje się Polakiem. Pobraliśmy się jeszcze na studiach. To było międzynarodowe wesele! Wietnamczycy, Bułgarzy, Mongołowie.

    Wiedziała Pani, że dla niego wyjedzie na Syberię?

    Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy co będziemy robić. Ale Gienadij przywoził mi zdjęcia z Syberii i przyznam, że to miejsce zrobiło na mnie wrażenie. Jeszcze kiedy byłam na studiach, urodziła się Krysia, nasza starsza córka. Wyjechałam na rok na urlop do Ułan-Ude. Po roku zostawiłam Krysię z mamą Gienadija i wróciłam dokończyć studia w Leningradzie. Ale nie mogłam znieść myśli, że moje dziecko jest tak daleko. Napisałam więc podanie, żeby studia dokończyć w trybie niestacjonarnym i przeniosłam się, już na dobre, do Buriacji. Nie było łatwo się zaaklimatyzować.

    No tak, blondynka pośród skośnookich Buriatów.

    Nie chodzi tylko o wygląd. Różniłam się od nich wszystkim: mową, sposobem ubierania, mentalnością, wychowaniem. Już w Uład-Ude urodziła się moja kolejna córka, Julia.

    A jak Pani zaangażowała się w działalność polonijną w Buriacji?

    Przez dzieci. Julia od najmłodszych lat pięknie śpiewała. Startowała w jakimś konkursie. Pomyślałam, że fajnie, żeby zaśpiewała jakiś polski utwór. Wymyśliliśmy jazzową aranżację do „Na tapczanie siedzi leń” Brzechwy. Po tym występie podeszli do mnie ludzie - potomkowie polskich zesłańców jeszcze z powstania styczniowego - i zapytali skąd znamy polski. Jeden z nich, Wacław Sokołowski, właśnie zakładał polską organizację w Ułan-Ude - Autonomię Polaków Nadzieja. Powiedział, że organizują weekendową szkołę języka polskiego. Przyszłam z dziewczynkami i tak jakoś zostałam. A później mianowali mnie wiceprezesem „Nadziei”, a kilka lat temu - prezesem.

    Czyli nie planowała Pani początkowo angażować się tam w działalność polonijną?

    Nie. Pracowałam w Urzędzie Miasta Ułan-Ude, byłam dyrektorek sekcji kultury. Miałam pod sobą 14 szkół muzycznych, siedem domów kultury, 20 bibliotek, trzy zespoły. I mnóstwo pracy.

    Takie stanowisko w półmilionowym mieście to duże wyróżnienie dla obcokrajowca?

    Ja nie czułam się nigdy na Syberii traktowana gorzej dlatego, że jestem Polką. Ludzie od początku mnie szanowali.

    Ilu jest Polaków w Buriacji?

    Według oficjalnych danych nieco ponad 150. Ale myślę, że polskie korzenie ma naprawdę około 15 tysięcy osób. Po niektórych - jak członkowie zespołu Żergemel, z którymi jesteśmy teraz w Polsce - tego nie widać, ale to są ludzie, którzy odkrywają polskie korzenie. Wreszcie mogą. Jedna nasza członkini - niestety, w tym roku zmarła - opowiadała, jak dowiedziała się o swoim pochodzeniu. Nauczycielka w szkole zapytała ją: wiesz, że nie jesteś Rosjanką? Ona oburzyła się: jak to, przecież jestem Rosjanką! A nauczycielka: „masz polskie nazwisko”. Opowiedziała o tym mamie. Ta szeptem powiedziała: „to prawda córeczko, jesteś Polką. Ale cicho; nikomu nie możesz o tym mówić. Tylko sama, głęboko w sercu o tym pamiętaj”.

    Teraz bycie Polakiem w Buriacji to już nie powód do prześladowań. A do dumy?

    Tak! To jest wręcz modne. My, jako Autonomia Nadzieja pomagamy odnajdywać te polskie korzenie, staramy się odzyskiwać dokumenty, archiwizować je. Bo papiery, proszę pani, były chowane, gubione, palone i dziś większość osób nie ma nawet dowodów na to, że są polskiego pochodzenia. A przecież ich przodkowie zostali tu zesłani za to właśnie, że o Polskę walczyli.

    Polacy z Buriacji chcieliby przyjechać do Polski?


    Chcieliby, ale mało komu się udaje. Moim obu córkom się udało. Mieszkają w Warszawie. Dlatego, jako Autonomia Nadzieja, organizujemy krótkie wyjazdy młodzieży polskiego pochodzenia z Buriacji do Polski. Jesteśmy wdzięczni, że Polskie Towarzystwo Schronisk Młodzieżowych i Gazeta Krakowska nas wsparły. Dla tych młodych ludzi, którzy teraz są w Polsce, to przygoda życia. Spełnienie marzeń. Możemy pokazać kawałek buriackiej kultury w Polsce. No i przede wszystkim - pokazujemy polską kulturę w Buriacji. Teraz np.d marzę o tym, żeby sprowadzić do Ułan-Ude Krzysztofa Pendereckiego.

    A Pani chciałaby kiedyś zamieszkać w Polsce?

    To moje największe marzenie. Życie zawodowe i moja działalność polonijna nie będzie trwała wiecznie. Chciałabym emeryturę spędzić w Polsce. Tu mam córki i tu jest moja ojczyzna. Ale nie wiem, czy się to uda. Jakaś gmina musiałaby mnie przyjąć - takie są zasady. W 2013 roku wystąpiłam z taką prośbą do gminy Warszawa. Ale, jak na razie, nie chcą mnie u siebie.

    Dla tych młodych ludzi, którzy teraz przyjechali z Buriacji do Polski to przygoda życia, spełnienie wielkich marzeń



    ***
    Buriacja
    Republika autonomiczna wchodząca w skład Federacji Rosyjskiej. Leży się w Syberii Wschodniej . Od południa graniczy z Mongolią, od zachodu z obwodem irkuckim, a od wschodu z Krajem Zabajkalskim

    Czytaj treści premium w Gazecie Krakowskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo