Bez ryzyka nie ma wynalazków

Redakcja
Wojtek Matusik
Udostępnij:
Z prof. Antonim Tajdusiem, rektorem Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, o roli badaczy i o tym, czy polskie uczelnie doczekają się noblisty, rozmawia Marek Lubaś-Harny

Panie Rektorze, porównania z krajami Unii Europejskiej pokazują, że jesteśmy narodem bardzo mało innowacyjnym. W Polsce zgłasza się co roku prawie dziesięciokrotnie mniej patentów niż w przodujących krajach europejskich. Dlaczego nasza nauka jest taka słaba?
To nie nauka jest słaba. Oczywiście, są dziedziny, w których pozostajemy daleko w tyle i nad tym nie ma co dyskutować. Jednak w wielu innych, proszę mi wierzyć, jest nam całkiem niedaleko do Europy i świata. Dlaczego więc innowacyjność jest taka mała? Bo blokują ją nasze rozwiązania prawne. Niby jedziemy naprzód, ale na zaciągniętym hamulcu.

Jakieś przykłady?
Bardzo proszę. Przed kilku laty na AGH opatentowany został pewien wynalazek. Nie chcę się wdawać w szczegóły, powiem tylko, że zmieniał on całą wcześniejszą filozofię walcowania. W kraju nikt jakoś nie palił się do wdrożenia tego wynalazku, a ochrona patentowa kosztuje. Chroniliśmy ów patent dwa, trzy lata, na więcej nie było nas stać. Jakiś czas później jeden z naszych profesorów pojechał do Niemiec i co zobaczył? Nasz wynalazek został tam wprowadzony do produkcji, oczywiście już jako patent niemiecki. To nie była sytuacja wyjątkowa. Polskie uczelnie rezygnują z ochrony patentowej ze względów finansowych. W AGH powstaje rocznie około stu patentów. Nie jesteśmy w stanie chronić skutecznie wszystkich. Ta sprawa powinna zostać rozwiązana w skali państwa.

Przypomina się przypadek zmarłego przed trzema tygodniami inżyniera Jacka Karpińskiego, który już na początku lat 70. skonstruował minikomputer szybszy od pierwszego peceta, wprowadzonego dziesięć lat później przez IBM. Jednak w Polsce zabrakło nie tylko pieniędzy na rozwinięcie produkcji, ale i wiary, że polski wynalazek może być coś wart.

Byłbym niesprawiedliwy, gdybym twierdził, że nic się od tamtych czasów nie zmieniło. Zaczynają się pojawiać pieniądze na badania, choć w dalszym ciągu procent PKB przeznaczany na naukę jest w Polsce kilka razy mniejszy od średniej europejskiej. Jednak problem leży nie tylko w pieniądzach. Najwspanialszy wynalazek, zanim trafi do produkcji, musi przejść szereg etapów, w trakcie których jest badany, sprawdzany i udoskonalany. Na Zachodzie z reguły nie zajmują się tym uczelnie, ale skupione wokół uczelni niewielkie prywatne firmy. My na AGH próbujemy robić coś podobnego, tworzyć jednostki, których udziałowcami obok uczelni są prywatne podmioty. Muszę jednak powiedzieć, że partnerstwo publiczno-prywatne wciąż natrafia u nas na wielkie opory.

Pojawiają się podejrzenia, że ktoś robi na tym prywatne interesy…
O tym właśnie mówię. Mało kto rozumie, że tego rodzaju działalność obarczona jest wielkim ryzykiem. Nawet w USA tylko kilka procent patentów trafia do produkcji. Na większości projektów nie zarabia się więc, ale traci. Na tych kilku procentach zarabia się wprawdzie bardzo dobrze, ale z zysków trzeba pokryć straty poniesione na przedsięwzięciach nieudanych. W Polsce generalnie mamy problem z prawem do ryzyka. Od uczelni oczekuje się, że każdy program badawczy zakończy się sukcesem. Jaki jest tego skutek? Ano taki, że naukowcy niechętnie biorą się za prace, których wynik jest trudny do przewidzenia.

Jeśli pieniędzy jest nie za wiele, to może lęk przed nadmiernym ryzykiem wydaje się uzasadniony?
Jeśli nie ma ryzyka, nie ma nowych idei, nie ma wynalazków. Badania, które nie kończą się sukcesem, też tworzą postęp. Jeśli ja zabrnę w ślepą uliczkę, to jest informacja dla innych, że w tym kierunku nie warto iść. Władze powinny w końcu zrozumieć, że uczonym trzeba zaufać. Jeśli coś się nie uda, to na ogół nie jest ich wina, ale efekt nieuniknionego ryzyka. Potencjał naukowy mamy niemały. Jeśli Polacy wygrali konkurs Europejskiego Instytutu Innowacji i Technologii na badania w dziedzinie zrównoważonej energii, a projekt, wart 120 milionów euro rocznie, ma koordynować AGH, to znaczy, że za granicą wierzą w nasze możliwości.

Przypomnijmy, że projekt ten dotyczy czystych technologii opartych na węglu kamiennym. Czy to jednak nie dowodzi, że jesteśmy zacofani? Świat przecież odchodzi od węgla.
Nic podobnego. Wydobycie węgla na świecie rośnie. A Polska, niezależnie od tego, co mówią politycy, swoje bardzo wysokie w rzeczywistości bezpieczeństwo energetyczne zawdzięcza właśnie temu, że ma węgiel. Jeśli chcemy to bezpieczeństwo zachować, musimy nadal opierać się na węglu. Oczywiście, w tym celu powinniśmy rozwijać nowe technologie, może nie tyle czyste, ile czystsze niż dotychczas. Mam tu na myśli nie tylko udoskonalanie znanych już technologii, jak zgazowanie węgla, ale także tworzenie zupełnie nowych. Na AGH mamy dość silną energetykę jądrową. Przymierzamy się do badań nad synergią atomowo-węglową. W oparciu o przyszłe wysokotemperaturowe reaktory atomowe chcemy zgazowywać węgiel. Rozwijamy też badania w innych przyszłościowych kierunkach, jak choćby ogniwa paliwowe czy zastosowanie wodoru do napędzania silników spalinowych. Proszę mi wierzyć, że nie jest to oznaka zacofania.

Skoro tak, to czy doczekamy się kiedyś polskiego laureata Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki czy chemii? Czy AGH jest w stanie stworzyć takie warunki pracy swoim uczonym?
Aż tak wysoko bym nie sięgał. Dużych uczelni jest na świecie kilkaset, a proszę zauważyć, że większość laureatów Nagrody Nobla to pracownicy kilku wiodących amerykańskich uniwersytetów, dysponujących ogromnymi pieniędzmi na badania. W tym przypadku trzeba mierzyć zamiary podług sił. Jeśli AGH znajdzie się w pierwszej setce uczelni świata, a wierzę, że tak się stanie, to będzie wielki sukces.

Kiedy to nastąpi?

Najpierw trzeba dokonać zmian w samych uczelniach, także w naszej. Czasy Koperników minęły. Dziś badania muszą być prowadzone przez duże zespoły. Trzeba lepiej wykorzystywać sprzęt, bo dziś jeszcze często jest tak, że kupuje się bardzo drogie urządzenia, a niektórzy traktują je jak swoją prywatną własność i one pracują dwie godziny na dobę, a powinny dwadzieścia cztery. Żeby nie popadać w minorowy nastrój, powiem, że jako przewodniczący Konferencji Rektorów Polskich Uczelni Technicznych zauważam jednak pewien postęp. Uczelnie przestawiają się na nowe myślenie, ale jeszcze zbyt wolno.

To przecież Pan kieruje uczelnią. Co Panu przeszkadza?
W wielu sprawach mam związane ręce. Ministerstwo przygotowało dwa warianty strategii dla szkolnictwa wyższego, ale w obu brakuje tego, co jest być może najważniejsze. Pozycja rektora jest za słaba.

Marzy się Panu dyktatura?
Nie dla siebie, za trzy lata mnie tu nie będzie. W nauce, podobnie zresztą, jak chyba w mediach, nadmiar demokracji nie służy niczemu dobremu. Wystarczy, że rektor jest demokratycznie wybrany. A skoro tak, trzeba mu zaufać, że potrafi poprowadzić uczelnię w dobrym kierunku. I dać mu w tym celu władzę rzeczywistą, nie malowaną.

Ma Pan poczucie, że jest rektorem malowanym?
Przyznam się, że ja jestem rektorem trochę nietypowym, zapewniłem sobie zakres władzy nieco większy od średniej krajowej. W statucie AGH są zapisy, które pozwalają rektorowi na więcej. W wielu uczelniach rektor jest zakładnikiem pracowników. Nie może na przykład nikogo zwolnić, nawet kogoś, kto dawno przekroczył wiek emerytalny i od dwudziestu lat niczego nie napisał.

Pan zwalnia?
Zwalniam. Oczywiście, jestem z tego powodu włóczony po sądach, ale jeszcze żadnej sprawy nie przegrałem. Uchodzę za twardego, bo zwolniłem już dwieście osób. Nie zostawiłem nikogo, kto skończył sześćdziesiąt pięć lat.

Masakra.
Proszę nie myśleć, że nie jest mi przykro. Jest, ale nie mam wyboru. Jeśli chcemy być innowacyjni, muszą przyjść młodzi ludzie.

A doświadczenie, mądrość życiowa?
W nauce największa aktywność przypada na okres między dwudziestym piątym a czterdziestym piątym rokiem życia. Biologia jest nieubłagana. Jeśli Nagrodę Nobla dostaje uczony w zaawansowanym wieku, to z reguły za osiągnięcia sprzed trzydziestu albo i więcej lat. Mogę tak śmiało mówić, bo mnie to też dotyczy, mam lat sześćdziesiąt i zapewniam, że odejdę z AGH, kiedy tylko osiągnę stosowny wiek. Nie zostanę ani dnia dłużej.

Uchodzi Pan za człowieka nie tylko twardego,ale i upartego.Lubi Pan postawić na swoim?
Tak, chyba jestem uparty, ale nie na zasadzie: "tak ma być, bo ja tak mówię". Najpierw musi być pasja. Jak się coś robi z pasją, pojawia się upór, żeby swoje cele osiągnąć. Czułbym się spełniony, gdybym na końcu mógł powiedzieć: "Odchodzę, ale uczelnię zmieniłem".

A ten Pana charakter…
Powiem tylko, że urodziłem się osiem kilometrów w linii prostej od Justyny Kowalczyk. Wystarczy?

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie